Relacje z podróży,  Włochy

Bari – było ciekawie…

Bari przywitało nas „po polsku”. Najpierw jeszcze w samolocie przez około 30 minut byłem przekonany że umrzemy lądując podczas burzy, a później już było tylko ciekawiej 😉 No cóż… nie ma to jak lubić podróże i panicznie bać się latać 🙂
Ale po kolei. Najpierw spacer po lotnisku (nomen omen nazwanym imieniem Naszego Papieża) podczas którego można było trochę ochłonąć po lądowaniu. A później czekanie na walizki. Trwało to całą wieczność podczas której wszyscy wykonali telefony do potencjalnie zainteresowanych, poszli do toalety i zdążyli opowiedzieć kilkanaście historii ze swojego życia. 

Początek

Po wyjechaniu walizek zaczęliśmy się zastanawiać gdzie znaleźć autobus nr 6, który miał nas zawieźć na plac Aldo Moro. Okazało się to dziecinnie proste, ponieważ wystarczyło przejść ponownie tą samą drogę co po walizki tyle że w przeciwnym kierunku. Taka organizacja po włosku :)No i w końcu się doczekaliśmy. Przyjechał 🙂 Po wejściu w składzie 6-osobowym z 10 bagażami zajęliśmy połowę pojazdu i co ciekawe udało nam się wszystkim usiąść (trening w Polsce czyni mistrza) po czym wyruszyliśmy w podróż. Jak już udało się trochę ochłonąć to zaczęły się kolejne atrakcje.

W pewnym momencie wszyscy podskoczyliśmy ponieważ rozległ się ogromny huk. Pomyślałem sobie – skoro nie zginąłem w samolocie to teraz nie oszukam już przeznaczenia :/ A po nim kolejny i następne. Włoch, który siedział koło mnie zaczął mnie szturchać i pokazywać ulicę. I wtedy zobaczyłem największy w swoim życiu grad bombardujący wszystko i wszystkich dookoła. Do teraz zastanawiam się czy bliżej mu było do mandarynek czy do brzoskwiń. Trwało to może z 5-6 minut po czym wszystkie ulice zamieniły się w rwące potoki…

Co ciekawe jak wysiadaliśmy było już po wszystkim. Ale jak nie grad to komunikacja publiczna 🙂 Na placu Aldo Moro zetknęliśmy się z włoską organizacją transportu publicznego. Ogólnie to nawet ten moment był zabawny. Niby wszędzie dookoła były przystanki, ale autobusy przyjeżdżały i odjeżdżały według tylko sobie znanego klucza. Biegaliśmy więc ze wszystkimi tobołami po wszystkich przejściach i chodnikach przez jakieś 20 minut. W końcu wsiedliśmy w akcie desperacji do zaparkowanego na parkingu autobusu i … to był strzał w 10. Za chwilę podróżowaliśmy dalej.

W pewnym momencie wszyscy podskoczyliśmy ponieważ rozległ się ogromny huk. Pomyślałem sobie – skoro nie zginąłem w samolocie to teraz nie oszukam już przeznaczenia :/ A po nim kolejny i następne. Włoch, który siedział koło mnie zaczął mnie szturchać i pokazywać ulicę. I wtedy zobaczyłem największy w swoim życiu grad bombardujący wszystko i wszystkich dookoła. Do teraz zastanawiam się czy bliżej mu było do mandarynek czy do brzoskwiń. Trwało to może z 5-6 minut po czym wszystkie ulice zamieniły się w rwące potoki…

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *